04.17.08
o spotkaniu z Marcinem Kydryńskim
Jest, to ta właśnie ulica. Ta, której szukam. Numery maleją, co oznacza że idę w dobrą stronę. Zdecydowanie sprzyja to mojemu samopoczuciu w odniesieniu do mającej się zdarzyć sytuacji. Spotkanie jak każde inne, w swojej istocie i definicji spotkania. Rozmowa dwojga lub kilkorga ludzi, wymiana zdań, poglądów, rozmowa. Rzecz codzienna. Każdy nasz dzień jest spotkaniem z drugim człowiekiem, z samym sobą. Tylko do tych spotkań nie przykładamy wagi, nie zwracamy uwagi, a idąc do kawiarni myśli się o tym jak tam trafić.
To , co zapamiętam z tego spotkania:
- że każdy prowadzący musi mieć przygotowane chociaż jedno pytanie, które zada kiedy zapadnie cisza
- że Nagrodę Pulitzera może dostać osoba przypadkowo robiąca zdjęcie aparatem w telefonie komórkowym
- że są na świecie jeszcze takie miejsca , gdzie na rozmowę telefoniczną trzeba czekać trzy dnia, a najpierw ją trzeba zamówić
- że można zaczynać “od genialnego Kapuścińskiego, kończyć na genialnym Stasiuku”
- że muzyka z Zielonego Przylądka jest jedyną w swoim rodzaju na świecie, potrafi mówić o najciemniejszych chmurach w pogodnym nastroju
- że jak się o czymś marzy to zazwyczaj się spełnia
-że można się zapisać na klarnet do pierwszej klasy szkoły muzycznej w każdym czasie swojego życia
- że czasem trzeba zrobić wykaz rzeczy, które udało nam się w życiu zrobić, zwłaszcza wtedy, gdy siedzimy na słonecznej plaży w Maroku a czujemy się nieszczęśliwi
- że fotografia jest sztuką, bywa także młodszą córką pasji podróżowania
- że skok na głęboką wodę jest niebezpieczny, ale daje ogromna satysfakcje. Skacząc przez chwilę jest się w locie
- że w dzisiejszym świecie wszyscy już wszystko wiedzą, i jedyne co jest interesujące to twój własny sposób jego postrzegania
- że Twoje fotografie opowiadają o Tobie
- dobrze ogląda się zdjęcia zgodnie z ruchem wskazówek zegara
- nie wiadomo kiedy to co robimy, to jacy jesteśmy, co z siebie dajemy wpływa na innych ludzi. Świadomość tego wpływu to niejednokrotnie dar, który ukazuje nam naszą tożsamość i umacnia nasze bycie
- że można być malkontentem a osiągnąć w życiu wiele, pod warunkiem, że jest sie w tym wszystkim absolutnie sobą.
04.15.08
Pokolenie JPII
Pani Zofia przystanęła na chwilę. Rozejrzała się uważnie dookoła. Kolorowe światła na scenie, barierki okalające plac, ludzie dość ciepło ubrani jak na pierwsze dni kwietnia, Jego portret, pod nim kwiaty i znicze. Jest i biały namiot, gdzie harcerze rozdają świece. Podeszła bliżej.
- Po ile znicze ?-zapytała.
- Co łaska- odpowiada z zadowoleniem jeden z chłopców.
- To na Parkinsona – pospiesznie dodała stojąca obok z zapalonym zniczem staruszka.
Pani Zofia wrzuca do skarbonki kilka monet. W zamian dostaje zapalony znicz z naklejką fundacji, którą właśnie wspomogła.
I ja wrzucam pieniądze do skarbonki. Wybieram jeden z wielu. Czerwony. Schodzą najszybciej, już prawie sie kończą. Zostają tylko żółte i pomarańczowe. Czerwony kojarzy się z miłością, z żywa miłością, namiętnością, a może z krwią, cierpieniem, czerwonym ornatem kapłana, tym z drogi krzyżowej. Harcerz zapala teraz i moje światełko. Pani Zofia stoi obok, w zamyśleniu przygląda się małemu ognikowi w czerwonym lampionie. Ciepło świecy odbija się w jej oczach. Podnosi wzrok, patrzy na duże zdjęcie w oddali.
- Idę to tam postawić – powiedziała kierując słowa w moją stronę – nie sposób o Nim nie myśleć. Bardzo mi Go brakuje. Każdego dnia. Pamiętam tamtą audiencje. Ucałowałam pierścień. To było takie ważne. Takie niewiarygodne.
Zadziwił mnie spokój w spojrzeniu i głosie tej starszej kobiety.
- Takiego człowieka nie będzie już nigdy – dodaje, po chwili namysłu – Ja lubię tego papieża, który jest teraz, ale to już nie to samo. On był jedyny. On był…- nagle milknie. Słychać próbę przed zbliżającym się koncertem dla Niego, dla tych, którzy Go słuchali. Z głośników płyną w przestrzeń słowa.
- Słyszy Pani? To ten głos- dodaje, wracając wzrokiem z oddali, znów patrzy na płomień w swoim czerwonym zniczu. – Tym się żyło proszę Pani, i żyje sie nadal . Cieszę się, że mogę tu przyjść po raz kolejny i zostawić świecę. Byłam tu jak umierał, byłam rok i dwa lata temu. Też zostawiałam. Mam też kwiatki – mówiąc to pokazała mi bukiet tulipanów w papierowej torbie.
- Zostawi je Pani tutaj ?
- Nie. Zabiorę do domu. Postawie je w wazonie. Niech żyją.
Znów spojrzała na Jego twarz w oddali. Zdjęcie zrobione w 1979 roku, na Placu Piłsudskiego, przez jednego z fotografów agencji prasowej. Duży porteret, ukazujący twarz młodego papieża, z tym zatroskanym i wesołym zarazem spojrzeniem, ukochanym przez Panią Zofię. To spojrzenie, spotyka się teraz z Jej wzrokiem. To dla Niego żyje, dla Niego przychodzi tu co roku aby zapalić czerwony znicz.
Przychodzą też inni.
o spotkaniu ze Sławomirem Mrożkiem
To co wydarzyło się 14 listopada 2007 roku w Studiu Programu Trzeciego Polskiego Radia przerosło moje oczekiwania, związane z obecnością i planowaną rozmową z osobą Sławomira Mrożka, a w zasadzie to ominęło je szerokim łukiem. Poszłam na spotkanie z nadzieją, że usłyszę słowa prawdy, rady, błyskotliwych zaskakującuch spostrzerzeń dotyczących otaczającej nas rzeczywistości widzianej oczyma pana Mrożka. I co też się wydarzyło?? Moje oczekiwania zostały zawieszone w próżni w przysłowiowych pierwszych minutach spotkania. W przysłowiowych z uwagi na fakt, że dłuższy czas zajął wstęp prowadzącej spotkanie Barbary M., która z ciężka torbą na ramieniu trzymając niedyskretnie w ręku puszkę pepsi powitała szanownych gości po czym przystąpiła do formułowania pierwszego pytania. I tak juz pozostało. Do końca. Pytanie kształowało się przez kilka(naście) chwil i od samego początku nie było wiadomo czego właściwie ono dotyczy. Chcę zwrócić uwagę na formę niedokonaną czasownika. W konsekwekcji bowiem długiego, nietaktownego wstępu pytania zabrakło. Nie zabrakło natomiast oczekiwania prowadzącej udzielenia odpowiedzi. I w tym momencie zabrzmiały pierwsze słowa Pana Mrożka , które przywróciły wiarę mojej umysłowej obecność w studiu, bowiem brzmiały dokładnie tak samo jak myśl mego zwątpienia : ”nie wiem o co Pani mnie pyta, nie wiem co mam odpowiedzieć, bo nie rozmumiem pytania, które nie padło” . Zapadła natomiast cisza. Pani Barbara ponowiła próbę wymuszenia na Panu Mrożku lania wody i monologu o tym, o czym przez całe życie pisał. W odpowiedzi usłyszała „ Nie wiem, co odpowiedzieć.” zwyczajnie , prosto , naturalnie :” Nie rozumiem o czym Pani mówi” . Wśród widowni rozległ się początkowo nieśmiały tłumiony śmiech. Zaproszony reżyser Maciej Englert, zaprzyjaźniony z Mrożkiem, postanowił ratować sytuację i pomóc tym samym Pani Barbarze. Spotkanie przerodziło się w luźną rozmowę o teatrze i sztukach Mrożka, trwało to dłuższą chwilę i na szczęście dla zdyskwalifikowanej prowadzącej zabijało czas. Zmęczona i zniechęcona Pani Barbara, niewątpliwie rozmową jaka toczyła się bez jej udziału między zaproszonymi gośćmi, jak i oczywistą reakcją zgromadzonej publiczności, do końca spotkania w specyficzny sposób okazywała skruchę i wdzięczność popijając Pepsi z puszki (pomimo obecnej na jej stoliku pustej szklanki), nawijając włosy na palec, od czasu do czasu zerkając śmiało na swoje buty. Tak znudzony, na szczęście nie był żaden z obecnych w studiu słuchaczy. Rozbawiona publiczność, patrzyła na rozwój sytuacji szeroko otwartmy oczami, starając się wsłuchać w treści wypowiedzi. Kulminacja programu. Dzwoni telefon. Pani prowadząca rozpoczyna rozmowę z profesorem Bronisławem Majem. Kolejny ulepek słów z ukrytym głęboko sensem wypowiedzi zawisa w powietrzu, i w końcu, ku zdziwieniu słuchaczy pada wreszcie proste nieskomplikowane pytanie : Za co kocha Pan Sławomira Mrożka” … No tak…ale… w porządku, ważne, że w ogóle padło, chociaż jedno. Profesor przytacza anegdotę, nawet udało mu się zainteresować prowadzącą. Czas płynie juz nieco swobodniej. Patrzę na Pana Sławomira. Siedzi kilka metrów przede mną. Jedną ręka podpiera głowę, drugą zasłania oczy . Słucha telefonicznej wypowiedzi , coraz cięższej i lepkiej. Słucha. Wszyscy słuchamy, przez całe spotkanie ze Sławomirem Mrożkiem o Sławomirze Mrożku. Przez cały wieczór mówi się o Nim, w trzeciej osobie. Odnoszę wrażenie zaistnienia absurdalnej sytuacji. Kompletnie nie na miejscu. Jest z nami sam bohater naszych fascynacji, mówimy o Nim „ och Mrożek wielkim Polakiem był, och” a nie chcemy widzieć, że siedzi wśród nas? Nie umiemy zadać Mu nawet jednego pytania na które mógłby odpowiedzieć? Był jeszcze drugi telefoniczny gość, którego nazwiska nie zdołałam zapamiętać, bo ogłuszyły mnie słowa Pani „prowadzącej” spotkanie : ”skoro Pan już tu jest, niech nam Pan coś powie o Mrożku.”
Patrzyłam na biednego pana Mrożka. Kiedy odezwał się głos z publiczności. Padło pytanie. Zadał je młody chłopak. Cytuję „ Panie Sławomirze , proszę mi powiedzieć…o czym jest to spotkanie? Staram się zrozumieć, przyszedłem tu Pana posłuchać, więc proszę, niech mi Pan powie.” Pada odpowiedź, smutne: „ Nie wiem”. Została nagrodzona oklaskami.
Spotkanie dobiega końca.
Jedna wielka klęska wytrawnego dziennikarza, z dużym zapleczem zawodowym i wieloletnim doświadczeniem
Klęska i Obciach. Nawet Sławomir Mrożek sprawiał wrażenie poirytowanego, a przecież całe życie ma do czynienia z dramatem.
Wniosek numer 1:
Nawet wytrawni profesjonaliści uprawiają czasem nędzną amatorszczyznę z nadzieją ze ujdzie im to na sucho
Wniosek numer 2:
NIE UJDZIE.
Jak już nie wiemy jak sie za coś zabrać a mimo to brniemy chcąc nie chcąc w Rów Mariański…zachowajmy przyzwoitość. Nierzadko to jedyne rozsądne rozwiązanie.
Zachowajmy zwyczajną przyzwoitość. Tylko ona miała szansę uratować dziś skórę Pani Barbary M.
Kiedy dzieją się sytuacje tak fatalne , pierwsze co przychodzi mi do głowy to pytanie o przyczyny. Dlaczego miało to miejsce, co się stało, co doprowadziło do takiego rozwoju wydarzeń. Dzisiaj być może zabrakło przygotowania do powierzonego zadania, może zbrakło jasności umysłu, może odpowiedniej wiedzy i zaangażowania, może kofeiny…. Zabrakło życzliwości i pokory, tego co być może było tą jedyną najważniejszą cegiełką, a może mogło stanowić jedynie ostatnią deskę ratunku.